niedziela, 27 kwietnia 2014

Przepraszam :C

Przepraszam kochani ale dopiero przed chwilą zaczęłam pisać :/ Wczoraj miałam potworny dzień a dzisiaj cały czas ktoś wpadał w odwiedziny ... jeżeli wyrobię się do 23 to wstawię ...

środa, 16 kwietnia 2014

CZĘŚĆ 26

Udało się :D Miałam czas od niedzieli na pisanie bo mogłam pisać wieczorami ale weny brak kompletny ... i cały rozdział powstał dzisiaj xD Wyszedł nie za ciekawy... Ale obiecałam i jest ;) 
Pozdrawiam cieplutko w te chłodne dni :*
Iwona

26

Obudził się wcześnie rano. Otworzył leniwie oczy i przeciągnął się w swoim wielkim małżeńskim łożu niczym wybudzony z drzemki kocur. Pierwszy raz od kilku dni czuł się wypoczęty mimo, że zegar który stał na komodzie naprzeciwko łóżka wskazywał dopiero 6:00. Przekręcił się na bok spoglądając tęsknie na pustą połowę łóżka. Oddał by wszystko aby Ruda była z nim tu teraz. Uśmiechnął się delikatnie na myśl o nocy jaką wspólnie spędzili i pogładził dłonią satynową, zimną pościel. Wyobraził sobie, że gładzi jej delikatna skórę pleców. Wstał niechętnie i poszedł do łazienki odświeżyć się pod prysznicem i zrobić poranną toaletę.
Mył zęby kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Postanowił nie otwierać chociaż bardzo zaciekawiło go co za gość dobija się tak wcześnie do jego domu. Dzwonek ucichł a po chwili rozległo się głośne pukanie. Andrzej założył na siebie szlafrok i zszedł na dół. Przez chwile pomyślał, że to być może Wiktoria ale było jeszcze bardzo wcześnie a po za tym umówili się już w szpitalu.
- Dzień dobry profesorze – otworzył drzwi swojemu gościowi
-Adam?
- Musimy pogadać – bez zaproszenia i nie zrażony wczesną godziną wszedł do salonu i od razu usiadł na wielkiej kremowej kanapie zwróconej do ogromnego okna z widokiem na ogród.
- Czy ty wiesz która jest godzina?! – Falkowicz wyraźnie zdenerwował się zachowaniem Adama. – Jeżeli przyszedłeś po pieniądze to od razu mówię, że teraz nic nie dostaniesz. Sprawy w Szwajcarii jeszcze się nie ustabilizowały…
- Nie ustabilizowały i już raczej się nie ustabilizują – Adam wstał gwałtownie z kanapy – Ty jeszcze nie wiesz – powiedział bardziej do siebie niż do niego widząc jego zdziwioną minę – No tak śpisz sobie w najlepsze a Szwajcarzy właśnie odsunęli Cię od badań nad naszym lekiem.
Falkowicz z wrażenia usiadł.
- Co takiego!?
- Nie chcą mieć z tobą nic wspólnego…
- To jest moja cząsteczka, mój patent i mój lek! Nie mogą tego zrobić…
- Mogą i najwyraźniej już to zrobili. Nie wiem o co chodzi i chyba nie chce wiedzieć… Ale chce mojej połowi pieniędzy!
- Teraz nic nie dostaniesz – Andrzej był wyraźnie zamyślony
- Chyba mnie nie zrozumiałeś… ja nie proszę cie o moje pieniądze tylko ja ich żądam.
- Dostaniesz swoją część jak przyjdzie na to pora – powiedział ostro. – A teraz zejdź mi z oczu.. musze pomyśleć. A i na pewno nie będzie mnie dzisiaj w szpitalu. Przejmujesz wszystkie moje operacje. – znów się zamyślił – Cholera miałem się dzisiaj spotkać z Wiktorią. Jakoś będę się musiał wytłumaczyć. – Adam, gdybyś spotkał dziś doktor Consalidę przekaż jej, że musiałem pilnie wyjechać ale nasza rozmowa jest cały czas aktualna.
- Rozmowa… Jasne.
- Idź już.
- Nie musisz odprowadzać mnie do drzwi – stwierdził kpiąco – A i jeszcze jedno. Daj spokój Wiktorii, odczep się od niej… ty na nią nie zasługujesz. To dobra dziewczyna a ty ją ranisz. Podejrzewam, że to przez Ciebie przepłakała ostatnie kilka nocy…
W Falkowiczu obudził się gniew. Jakim prawem ten smarkacz się miesza i w dodatku go poucza. Nieomylnego profesora Falkowicza. Jednak na ostatnie słowa młodego chirurga Andrzej posmutniał. Płakała przez niego… Te słowa zadziałały jak kubeł zimnej wody.
- Przestań się mieszać w nie swoje sprawy i zejdź mi z oczu – podszedł do drzwi i teatralnie je otworzył.
- Nie pozwolę Ci jej skrzywdzić  - Adam szybko wyszedł i skierował się do swojego samochodu zaparkowanego przed willą profesora. Ruszył w stronę szpitala z iskiem opon.

***

Wiki obudziły promienie słońca wpadające przez odsłonięte żaluzje. Leżała w łóżku rozmyślając o ostatnich wydarzeniach. Zatęskniła za Blanką.. bardzo jej teraz potrzebowała. Brakowało jej kogoś komu mogła by się wyżalić, przytulić, przelać te wszystkie uczucia które się w niej nagromadziły przez ostatni czas. Co prawda miała Agatę ale nie chciała jej obarczać swoimi problemami. Miała ona wystarczająco dużo swoich zmartwień.
Kiedy wstała z łóżka było tuż przed 9. Ubrała się szybko i zeszła na dół napić się kawy i zjeść śniadanie. Ściskało ją w żołądku. Od rana czekała na moment kiedy spotka się z profesorem. Posprzątała po zjedzonym przez siebie śniadaniu i ruszyła w kierunku szpitala. Od razu skierowała się do gabinetu Falkowicza. Zapukała i chwyciła za klamkę ale było zamknięte.
- Dziwne… chyba na parkingu nie było jego samochodu – pomyślała. Poszła do lekarskiego. Na tablicy zabiegów ani razu nie zostało wymienione nazwisko Andrzeja. Już miała opuścić lekarski kiedy wpadł na nią Adam.
- Historia lubi się powtarzać – zaśmiał się chirurg
- Tym razem to ty wpadłeś na mnie. Zamyślony? – Uniosła brwi
- Zabiegany. A wszystko przez tego twojego… kochasia  pomyślał-… mentora. Wyjechał gdzieś sobie a na mnie zwalił wszystkie swoje operacje.
 Jak to wyjechał?! Kiedy?! Gdzie?! – Takie pytania od razu zaczęły cisnąć się na usta rudowłosej jednak powstrzymała się przed ich zadaniem. – Aha – zamyśliła się na chwilkę. – No nic w takim razie ja się zbieram. Mam jeszcze troszkę wolnego do wykorzystania – puściła oczko Adamowi – trzeba to jakoś wykorzystać – powiedziała z udawaną radością i wyszła z lekarskiego. W głowie cały czas zadawała sobie pytanie co skłoniło Falkowicza do tak nagłego wyjazdu.

PS: Jeżeli wkradły się jakieś błędy to bardzo przepraszam :)



niedziela, 13 kwietnia 2014

Informacja :)

Kochani jak zwykle bardzo mi miło czytać wasze komentarze <3 Widzę że czekacie i bardzo mnie to cieszy :) Next miał być dzisiaj... ale pisanie idzie mi strasznie opornie i mam dopiero kilka linijek w dodatku nawet w niedzielę mój budzik był zmuszony zadzwonić zaraz po 6 rano...:C .
Obiecuję że w środę wieczorem się coś pojawi :) Choćbym miała zarwać całą noc to dla was coś napiszę :*
Cieszą mnie nadchodzące święta :) Mam nadzieję, że w końcu uda mi się porządnie wyspać :D Ale to okaże się dopiero we wtorek wieczorem.... ponieważ zapisałam się na kurs prawa jazdy :) We wtorek pierwsze zajęcia a następne stoją pod znakiem zapytania. Mam nadzieję, że w te dni przedświąteczne dadzą nam spokój :) Wtedy miała bym czas na pisanie ;) Dodatkowo w środę w moim domu pojawi się nowy domownik a raczej domownicy <3 Dwa sympatyczne szczurcie :) 

Pozdrawiam was cieplutko :*
Iwona

piątek, 4 kwietnia 2014

CZĘŚĆ 25

Oto kolejna część !!! Starałam się żeby wyszła troszkę dłuższa :) Pozdrawiam moje wspaniałe czytelniczki :*
PS: Osobiście nie jestem zadowolona z tej części ale ocenę pozostawiam wam :D
A i ta oto nuta wpadła mi w ucho i to przy niej powstawała część 25 :)
https://www.youtube.com/watch?v=tEYdyPc8Mjo
CZ. 25


Falkowicz zdenerwowany kręcił się po swoim gabinecie. Analizował dokładnie to co przed chwilą zaszło w tym pomieszczeniu. Był wściekły na Wiktorię i na siebie. Nie potrafił zrozumieć dlaczego ona tak wszystko próbuje komplikować i utrudniać a z drugiej strony wiedział, że on też zareagował zbyt emocjonalnie. Tak długo się do siebie zbliżali i kiedy w końcu zaczęło się przez moment układać nagle znów wrócili do punktu wyjścia.

Do końca dyżuru Consalida skutecznie unikała Falkowicza. Nie miała ochoty na kolejną konfrontację z nim. Zaczynało do niej docierać, że Andrzej ma racje. Zachowuje się jak małe dziecko. Ustalili zasady i oboje powinni się ich trzymać a ona specjalnie sprowokowała kłótnie…  Od razu poszła do Trettera wziąć tydzień urlopu. Nie miała w zwyczaju uciekać od problemów ale chciała sobie to wszystko przemyśleć

W hotelu udało jej się ukryć emocje tak, że Agata nic nie podejrzewała. Wieczorem siedziały w salonie i zajadając popcorn urządziły sobie maraton filmowy. Wiktoria w czasie wolnego w ogóle nie wychodziła z domu. Całymi dniami krzątała się po mieszkaniu bez celu dręczona myślami o jej niedoszłym związku a w nocy dawała upust emocją i płakała.
Wieczorem postanowiła wyjść do parku. Jeszcze tylko dwa dni wolnego i będę musiała stanąć twarzą w twarz z wszystkimi problemami-pomyślała i usiadła  na ławce podkurczając nogi i chowając twarz w dłoniach. Nie płakała… przez kilka nocy wypłakała z siebie wszystkie łzy. Teraz tylko delikatnie zaszkliły jej się oczy.

Falkowicz brał dodatkowe dyżury i prawie cały swój czas poświęcał pracy. Tylko praca była w stanie ukoić jego skołatane nerwy i dziwne ukłucie w sercu. Do domu nie miał po co wracać. Bez Consalidy nawet nie chciał nazywać tego domem.. ot zwykły budynek. Zwykły, pusty budynek do którego nie warto wracać. Nie warto bo i tak nikt na niego nie czeka.

Siedział w swoim gabinecie przy biurku obłożonym z każdej strony stertą dokumentów. Jeszcze kilka dni temu większość z tych papierów wylądowała by w rękach stażystek  ale teraz wolał wszystko brać na siebie aby odgonić natrętne myśli. W pracy rzadko sięgał po swoją ulubioną whisky ale teraz tylko ona mogła dotrzymać mu towarzystwa. Stary, dobry
i niezastąpiony Jack Daniels. Wypisywał dokumentacje dotąd dopóki litery nie zaczęły mu się zlewać przed oczami. Nie z upojenia alkoholowego ale ze zmęczenia. Nie spał od dwóch dni. Nie mógł. Jego myśli mu na to nie pozwalały. Zaczęło do niego docierać jak ważna jest dla niego kobieta o imieniu Wiktoria. Dolał sobie troszkę złotego trunku do szklanki i uważnie zaczął mu się przyglądać. Alkohol to nie jest rozwiązanie, owszem daje ukojenie i wiele przyjemności ale nie daje nam uczucia miłości. Odetchnął głęboko i odstawił szklankę. Nie może zacząć pić. Wstał zapiął guzik od swojego idealnie skrojonego garnituru i sięgnął po płaszcz. W końcu każdemu należy się przerwa w pracy-pomyślał w duchu i wyszedł z gabinetu.
Zazwyczaj pielęgniarki na jego widok nabierały rumieńcy i zawstydzone spuszczały wzrok mijając przystojnego profesora. Teraz przez lekki zarost i zmęczenie wymalowane na twarzy uważnie mu się przyglądały. Nie zwracał na to w ogóle uwagi tylko szybkim krokiem przemierzał szpitalny korytarz i wyszedł ze szpitala kierując się w stronę parku.

Było już późno i w miejscu gdzie zazwyczaj spacerują zakochane pary czy bawią się małe dzieci było zupełnie pusto. Długie alejki były oświetlone niskimi nowoczesnymi latarniami. Andrzej odetchnął głęboko świeżym, rześkim powietrzem i szedł przed siebie wolnym krokiem. 

Z daleka zobaczył kobietę siedzącą na ławce. Hmm to dziwne spotkać kogoś w parku o tej godzinie. Widać to najlepsze miejsce do ucieczki przed problemami - pomyślał
Dopiero gdy podszedł bliżej zobaczył odbijające się w świetle latarni długie, rude włosy. Od razu się zatrzymał. W jednej chwili przez jego głowę przebiegło stado myśli. Nie widział jej od kilku dni, czuł pustkę a teraz nagle spotyka ją o tak późnej porze w parku. Gdyby wypił kilka szklanek więcej swojej niezastąpionej whisky pomyślał by że to tylko złudzenie. Otrząsnął się szybko i powoli podszedł do ławki na której siedziała Wiktoria.
Usiadł koło niej bez słowa a ona dopiero wtedy spostrzegła jego obecność. Przyglądał się jej a ona spojrzała odważnie swoimi zaszklonymi od łez oczami w jego szare zmęczone tęczówki.
- Wiki… - chciał zacząć ale ona natychmiast przerwała wstając z ławki
- Nie mamy o czym ze sobą rozmawiać – powiedziała szybko  i od razu skierowała się w stronę hotelu jednak z każdym krokiem zaczęła tracić pewność siebie. Czuła smutek i ogromny żal jednak w głębi serca bardzo tęskniła za tym szpakowatym mężczyzną i cieszyła się z tego przypadkowego spotkania.
Falkowicz spojrzał na nią i powoli podszedł do niej nieśmiało głaszcząc ramię i delikatnie odwracając w swoją stronę.
- Wiktoria… - była bardzo blada  a pod oczami dokładnie zarysowały się ślady kilku nieprzespanych i przepłakanych nocy. Nie wiedział co powiedzieć jak ubrać w słowa to co czuje.
- Miałeś racje, miałeś cholerną racje – powiedziała nagle spuszczając głowę – jak zawsze – westchnęła ciężko. - Zachowuje się jak dziecko, jak mały rozkapryszony gówniarz!
Chciał ją objąć, pocieszyć ale Wiki od razu zareagowała.
- Nie dotykaj mnie! Proszę… – głos zaczął jej się  łamać co raz bardziej – Wszystko spieprzyłam! Wszystko -  po policzkach z zaszklonych oczu zaczęły jej spływać łzy – Tak bardzo się pogubiłam, nie wiem co robić…
- Chodź – powiedział spokojnie i ujmując delikatnie jej dłoń przyciągnął do siebie obejmując tak, że nie miała się jak odsunąć.
- Puść mnie słyszysz, puszczaj – zaczęła się szarpać jednak on nie poluzował uścisku a przytulił ją jeszcze mocniej. Obezwładniło ją ciepło jego ciała i zapach ciężkich korzennych perfum które tak uwielbiała. Złapała za poły jego płaszcza i jeszcze mocniej wtuliła się w niego. Stali tak przez chwilę aż w końcu się odezwała
- Andrzej…?
- Ciii nic nie mów – uśmiechnął się
Usiedli na ławeczce cały czas się do siebie przytulając. Nic nie mówili. Oboje uznali że teraz najlepszym rozwiązaniem będzie milczenie. Żadna rozmowa o tej porze i przy tylu emocjach nie ma najmniejszego sensu. Znów mogło by dojść do ostrej wymiany zdań. Andrzej obejmował Wiki i czule gładził ją po plecach  zahaczając o rude kosmyki włosów.  Uśmiechnął się do siebie i pocałował ją delikatnie w czoło. Dobrze że zdecydowałem się na ten spacer – pomyślał
- Chodź odprowadzę Cię do hotelu, zimno się zrobiło – chciał żeby ta chwila trwała wiecznie ale poczuł jak Wiktoria cała drży. Być może były to emocje ale wieczór był chłodny a ona miała na sobie tylko cienką bluzę. Wiki bez słowa wstała i wolnym krokiem ruszyła z Andrzejem pod rękę.
Kiedy doszli na miejsce oboje czuli zakłopotanie podobne do tego kiedy to pierwszy raz Andrzej odprowadził ją do domu. Wiki miała na ramionach zarzucony płaszcz Falkowicza i kiedy chciała mu go oddać Andrzej zauważył na nadgarstku siwy zanikający już ślad.
- Cholera… - powiedział łapiąc ją za dłoń i podwijając wyżej rękaw. Wiedział, że to siniak który powstał przez jego mocny uścisk podczas ostatniej ostrej wymiany zdań.
- To… to nic – powiedziała cicho Wiktoria i opuściła szybko rękaw bluzy.
- Przepraszam – spojrzał w jej oczy chcąc by jego słowa zabrzmiały jak najbardziej przekonująco. Wcześniej rzadko zdarzało mu się używać tego typu słów. – przepraszam za to że tak ostro zareagowałem i za to – sugestywnie popatrzył na jej nadgarstek.
Wiki spuściła głowę – Przepraszam Cię ale jestem zmęczona… - powoli zaczęła się wycofywać. Chciała jak najszybciej zaszyć się w swoim pokoju
- Wiktoria… porozmawiajmy – spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- Dobrze. Porozmawiamy ale jutro… po południu przyjdę do twojego gabinetu – odparła spokojnie
- Będę czekał
- Dobranoc – starała się uśmiechnąć ale nie potrafiła. Żal cały czas rozrywał jej serce. Jedno było pewne, żaden inny mężczyzna nie działał na nią tak jak on. Mimo ogromnej złości i żalu od pierwszej chwili jak tylko go zobaczyła czuła pożądanie. Pocałowała go delikatnie w policzek ledwo powstrzymując się od namiętnego pocałunku w usta i zniknęła za drzwiami hotelu. Falkowicz stał jeszcze przez chwilę przypatrując się budynkowi w którym mieszkali rezydenci po czym poszedł do swojego samochodu i pojechał do domu. Cały czas czuł na policzku rozgrzane usta rudej. Wiedział że tej nocy w końcu spokojnie zaśnie.
Wiktorii też bardzo ulżyła ta krótka tak naprawdę nic nie wnosząca rozmowa. A może po prostu ulżyło jej jego towarzystwo. Przed snem wypiła jeszcze szklankę herbaty malinowej i położyła się spać. Tej nocy wreszcie nie płakała…


wtorek, 1 kwietnia 2014

Informacja

Hej :)
Moja wena poszła gdzieś sobie i chyba poważnie się na mnie obraziła bo nie chce wrócić ... a może to przez to, że wątek FaWi w serialu zanika? Już sama nie wiem ... Ale widzę ilość wyświetleń na blogu i uśmiech pojawia mi się na twarzy :) Dziękuję za to 14 tysięcy wyświetleń <3 
W dodatku wasze komentarze które ogromnie mnie motywują. I to właśnie dzięki nim w tym tygodniu pojawi się kolejny rozdział :) 
Pozdrawiam i całuję :*
Iwona

wtorek, 18 marca 2014

CZĘŚĆ 24

Hejka :) To, że dzisiaj dodaje to jest prawdziwy cud :D Część naprawdę wymuszona bo zarówno i weny brak i czasu ale nie chcę byście o mnie zapomniały... :)
Bon Appetit :D 
Dla moich najwierniejszych czytelniczek <3


CZ.24

Odwiedziła kilku swoich pacjentów i pacjentów Krajewskiego. Już chciała skierować się do bufetu kiedy zatrzymała ją jedna z pielęgniarek i oznajmiła, że profesor Falkowicz oczekuje na nią w pokoju lekarskim. – Czego on chce… pomyślała i szybko skierowała się w stronę pokoju lekarskiego.
- Chciałeś mnie widzieć – wpadła do pokoju i rzuciła chłodno w stronę profesora który zaczytany na dźwięk jej głosu aż drgnął.
W pokoju od razu zrobiła się napięta i ciężka atmosfera którą wyczuwali chyba tylko oni.
Latoszek nie wzruszony niczyją obecnością i tym, że pacjenci czekają stał przy wielkim akwarium i rozmawiał z rybkami.
- Moje biedactwa karma się skończyła…. Zaraz kogoś wyślemy do sklepu i kupi wam waszą ulubioną… moje skarbeńki…
- Musimy omówić dzisiejsze operacje – odparł równie chłodno Falkowicz nie zwracając uwagi na Latoszka – za 10 minut w moim gabinecie – wstał i chciał wyjść ale jeszcze na moment odwrócił się w drzwiach – A i przy okazji może mi pani zaparzyć kawę i przynieść do gabinetu – uśmiechnął się w swoim stylu i wyszedł.
Wiki stała oszołomiona jego słowami i chłodnym tonem. Czyli jednak… wszystko teraz wróci do normy z przed kilku miesięcy. Znów zacznie nią pomiatać. I ten chłodny ton zupełnie inny od tego kiedy to spędzali wspólne romantyczne chwile. Z drugiej strony czego się spodziewała przecież sama tego chciała. Chciała tego oficjalnego tonu i pełnego profesjonalizmu. Bała się… bała się związku z tym aroganckim mężczyzną i bała się ostracyzmu szpitala. Wszyscy mieli ją za odważną i wojowniczą kobietę a tak naprawdę była zwykłym tchórzem. Zarzucała Andrzejowi, że zakłada maski a tak naprawdę ona sama również je przybierała. Stała tak jeszcze przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy aż w końcu zabrała się za parzenie kawy dla profesora.

***

W drodze do gabinetu Wiktoria pokonywała korytarz z prędkością światła. Cała kipiała ze złości i postanowiła, że wygarnie Andrzejowi wszystko co o nim myśli. Wspomnienia z przyjemnych chwil tylko na krótki moment przyćmiły jej złość. Wpadła z filiżanką kawy do gabinetu nawet nie pukając. Filiżankę z kawą postawiła tak, że niewiele brakowało a zawartość rozlała by się na leżące na biurku dokumenty. Falkowicz podniósł tylko wzrok i spojrzał na nią karcąco.
- Dziękuję za kawę pani doktor – czuł, że w powietrzu wisi kłótnia. Wiktoria prawie parowała złością.
- Nie jestem twoją sekretarką! – oparła ręce o blat burka delikatnie się nachylając – Zaufałam Ci… słyszysz! Zaufałam! O ile w ogóle znasz znaczenie tego słowa. Powiedziałeś, że nie będziesz mnie już traktował tak jak wcześniej – głos powoli zaczynał jej się łamać. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji a spojrzenie było chłodne. – Jeżeli po tym wszystkim tak ma wyglądać nasza współpraca to jutro składam papiery u Trettera i odchodzę.
Zapadła cisza. Wydawać by się mogło, że trwa ona nieskończenie długi czas. Nie odzywał się ale wstał z fotela i zapiął guzik swojego idealnie skrojonego garnituru po czym obszedł biurko i stanął bardzo blisko Wiktorii.
- Mieliśmy nie łączyć życia prywatnego z zawodowym – powiedział chłodno patrząc wprost w zielone tęczówki Wiki.
- I to ma upoważniać Cię do tego, że będziesz mną pomiatał na każdym kroku?! I może co? Znów odsuniesz mnie od wszystkich operacji!
- Chyba się zapominasz!
- Ty chyba również! Nie pozwolę żebyś więcej mnie tak traktował!
- Tak?! Czyli jak do cholery! Jak! Jak nie pozwolisz się traktować! – puściły mu nerwy, nie zwracał już uwagi na to, że są w szpitalu i że zapewne przechodzący koło jego gabinetu ludzie słyszą ich kłótnie. W przypływie gniewu i emocji złapał ją mocno za nadgarstek i przyparł do ściany mierząc morderczym spojrzeniem. – Zdecyduj się wreszcie czego chcesz! Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko! Sama prosiłaś żebyśmy zachowali pełen profesjonalizm w pracy! A teraz wpadasz tu i robisz awanturę! O co? O to, że poprosiłem Cię o kawę!?
Odwróciła głowę. Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że on ma racje…
Była niezdecydowana. Bała się i pogubiła. Obawiała się reakcji szpitala a zarazem tego, że Andrzej nie traktuje jej poważnie. Nie wiedziała już co ma o tym wszystkim myśleć, jak ma się zachowywać. Czuła, że do oczu zaczynają napływać jej łzy. Falkowicz jeszcze mocniej ścisnął jej nadgarstek.
- Zastanów się w końcu… i przestań zachowywać jak smarkula.

- Puść mnie to boli – próbowała wyszarpać się z uścisku ale on puścił ją dopiero kiedy zobaczył spływającą po jej policzku łzę. Nie patrząc na niego wybiegła z gabinetu trzaskając drzwiami i szybko ocierając łzę. Przemierzała korytarz szybkim krokiem cały czas w głowie słysząc jego słowa. Nie chciała żeby ktokolwiek widział ją w takim stanie więc poszła do łazienki. Osunęła się po ścianie i na dobre rozpłakała.

wtorek, 4 marca 2014

CZĘŚĆ 23

Ostatnio jestem strasznie zabiegana. Nie mam czasu pisać... Także ogłaszam chwilową przerwę. Oczywiście o blogu nie zapomnę i jak tylko coś wyskrobie to dodam ;) Chyba też zacznę stawiać na dłuższe części ale to zobaczę jak wyjdzie w "praniu" ;) Przydało by się bo skoro będę teraz nieregularnie dodawać to muszę wam to jakoś wynagrodzić <3 Przez najbliższy tydzień albo i dłużej nic nowego się raczej nie pojawi. Wyjeżdżam na kilka dni za granicę i na pewno nie będę miała czasu na pisanie. Tymczasem wstawiam kolejną część i mam nadzieję, że będziecie na mnie "czekać" :D
Pozdrawiam cieplutko :*

 CZ. 23


- Wiki? Idziesz już czy nie? Nie zjadłaś śniadania moja droga…- Agata stała przed drzwiami pokoju przyjaciółki aż w końcu lekko uchyliła drzwi. Wiktoria spała sobie w najlepsze a za 10 minut rozpoczynała dyżur w szpitalu – No pięknie – powiedziała do siebie cicho Agata
- Wiktoria, wstawaj natychmiast – ściągnęła kołdrę którą owinięta była ruda – Wstawaj, słyszysz! Za 10 minut zaczynasz dyżur! Consalida, nooo!
Wiki przetarła oczy i widząc godzinę którą wskazywały wskazówki zegarka wstała z łóżka niczym oparzona.
- O cholera zapomniałam nastawić budzik – wybiegła z pokoju i szybko zniknęła za drzwiami łazienki. – Sambor mnie zabije, spóźnię się na odprawę – lamentowała wyciągając z szafy pierwszą lepszą bluzkę i nakładając na siebie.
- Spokojnie ruda… - uspokoiła ją Woźnicka
- Spokojnie?! Agata to będzie moje pierwsze spóźnienie. A wczoraj nawet nic nie wypiłyśmy . . .
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz – zaśmiała się blondynka
- A ty się nie śmiej tylko spadaj do pracy bo też się spóźnisz. No już cię nie widzę – wydała szybkie polecenie i uśmiechnęła się do Agaty – Dzięki, że jesteś – przytuliła ją szybko i wróciła do ubierania się
- Agata Woźnicka jak zwykle z ręką na pulsie – pochwaliła samą siebie blondynka – a z drugą ręką w nocniku – powiedziała już ciszej sama do siebie. – Dobra Wiki ja spadam, do zobaczenia w pracy.

***

Wiki szpitalny korytarz pokonała prawie biegiem. Nigdy nie zdarzyło jej się nigdzie spóźnić jeśli chodziło o sprawy zawodowe. A dziś spóźniła się do pracy… przez głupie zapomnienie się i nie nastawienie budzika. Ostatnio wieczorami myślała tylko o swoim szefie. Andrzeju Falkowiczu. A teraz po wspólnie spędzonej nocy myślała o nim nie tylko wieczorami ale w każdej wolnej chwili. Nawet teraz wiedząc, że Sambor będzie zdenerwowany jej nieobecnością na odprawie ona bardziej przejmowała się pierwszym spotkaniem w szpitalu z Andrzejem. Była ciekawa jego zachowania… W końcu to co mówił ostatnio brzmiało bardzo przekonująco.  Ale czy on rzeczywiście mówił to szczerze? Z zamyślenia wyrwało ją zderzenie się z Krajewskim.
- Ktoś tu buja w obłokach – uśmiechnął się krzywo – W dodatku spóźnienie no, no Sambor nie będzie zadowolony…
- Zamknij się Adaś z łaski swojej – rzuciła gniewnie
- Z rana, tak wulgarnie, do kolegi? – zakpił kiedy Consalida chciała odejść
- Do kolegi? Słuchaj no KOLEGO… - odwróciła się natychmiast - Przez ciebie nie mam nawet kiedy porządnie się wyspać bo zwalasz mi na głowę swoich pacjentów a sam urządzasz sobie jakieś wycieczki krajoznawcze! Także radzę ci zejść mi z oczu i nie drażnić mnie jeszcze bardziej!
- Wycieczki fajna sprawa. Trzeba korzystać z życia – denerwowanie Consalidy zaczęło podobać mu się coraz bardziej
- To korzystaj z tego swojego życia ale nie kosztem innych – czuła, że z nerwów zrobiła się czerwona na twarzy, szybko odwróciła się od Adama i ruszyła nerwowym krokiem w stronę pokoju lekarskiego.
W pokoju zastała tylko Sambora zapatrzonego w ekran komputera i Falkowicza przeglądającego dokumenty. Na jego widok jej serce niespodziewanie przyśpieszyło a nogi zrobiły się dziwnie miękkie.
- Dzień doby – powiedziała w wejściu i od razu szybko skierowała się do przebieralni.
- Dzień dobry pani doktor, już myślałem, że nie zaszczyci nas pani dzisiaj swoją obecnością – od razu dało się wyczuć, że Sambor nie jest w najlepszym humorze.
Wiktoria przebrała się w tempie błyskawicy, wyszła z przebieralni i nerwowo zaczęła zapinać kitel.
- Ja naprawdę bardzo przepraszam. To się więcej nie powtórzy – zaczęła się tłumaczyć
- Mam taką nadzieję. Z tego co wiem nie ma pani malutkich dzieci pod opieką a w dodatku mieszka pani kilka kroków od szpitala. Spóźnienia w takim przypadku są niedopuszczalne! Pacjenci czekają a ja też nie mam zamiaru powtarzać specjalnie dla pani tego co przekazałem reszcie na odprawie!
Falkowicz siedział niby obojętnie na kanapie ale w rzeczywistości toczył wewnątrz siebie bitwę aby nie wstać i nie podnieść głosu na ordynatora który ewidentnie miał dzisiaj zły dzień a jego kozłem ofiarnym stała się Wiktoria. Bardzo chciał w tym momencie wstawić się za nią ale podczas ostatniej rozmowy dała mu przecież jasno do zrozumienia, że w szpitalu oczekuje pełnego profesjonalizmu. Pierwszy raz liczył się z czyimś zdaniem i chciał wywiązać się z tej prośby.
- Dobrze a więc dzisiaj ma Pani dwie planowane operacje z grantu. Obie przeprowadzi Pani z profesorem – Sambor skinął głową w kierunku Falkowicza – który przekaże pani szczegółowo wszystkie informacje. A teraz proszę już brać się do roboty. Pacjenci czekają – powiedział już bardziej obojętnie i wrócił do pracy na komputerze.
Wiki czuła, że w środku cała się gotuje. Była zła na Adama za to, że wszystkie swoje obowiązki zwalił na nią; na siebie, że zaspała co nigdy jej się nie zdarzało i na Sambora który nie raz i nie dwa bez konsekwencji machnął ręką na spóźnienie Borysa czy Krajewskiego a dzisiaj z powodu złego humoru ewidentnie się na niej wyżył. Do tego jeszcze dwie operacje z Falkowiczem. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Zazwyczaj pełna energii teraz czuła się bezsilna na wszystko co ją otaczało.




 PS: Mam nadzieję, że nie ma większych literówek... a jeśli coś się pojawiło to bardzo przepraszam.